Dom na mokradłach (A House on the Bayou, 2021)

Wchodzimy w lepkie, duszne i parne rejony Luizjany. Przyznam Ci szczerze: kiedy odpalałem „Dom na mokradłach” (A House on the Bayou), spodziewałem się kolejnego, generycznego home invasion, gdzie grupa zamaskowanych psycholi wpada do domu i robi rzeźnię.

dom na mokradłach

Mocno się pomyliłem. Ten film to przebiegła bestia, która udaje jeden gatunek, by w połowie drogi skoczyć Ci do gardła z czymś zupełnie innym. Jako gość, który widział już tysiące „strasznych domków na odludziu”, doceniam, jak ten film bawi się moimi oczekiwaniami.

Jessica i John, małżeństwo w kryzysie (on zawalił, ona próbuje wybaczyć), zabierają córkę na wakacje do luksusowego domu na bagnach Luizjany. Chcą „naprawić relację”, ale atmosfera jest tak gęsta od wzajemnych pretensji, że można by ją kroić nożem. Wtedy w ich drzwiach staje Isaac – uśmiechnięty, nienagannie uprzejmy chłopak z okolicy, który wraz ze swoim „Dziaduniem” wprasza się na kolację.

Najlepsza część tego filmu? Napięcie. Scena wspólnej kolacji to dla mnie majstersztyk budowania dyskomfortu. Siedziałem na krawędzi fotela, patrząc na Isaaca, który jest tak uprzejmy, że aż przerażający. To ten rodzaj strachu, w którym nie boisz się potwora w szafie, ale tego, co ten dziwny gość powie przy stole i dlaczego tak dziwnie patrzy na Twoją rodzinę.

To, co mnie w tym filmie „kupiło”, to fakt, że on nie opowiada o walce dobra ze złem. On opowiada o karmie. Jako entuzjasta horroru uwielbiam motyw, w którym nadprzyrodzone siły (lub ich sugestia) stają się sędzią i katem. John, mąż, jest postacią tak irytującą i śliską, że w pewnym momencie zacząłem kibicować tym „złym”, żeby sprawili mu porządną lekcję.

Realizacja jest świetna – te bagna, te owady brzęczące w tle i dom, który z luksusowej rezydencji zmienia się w klaustrofobiczną pułapkę. Nie ma tu tanich jumpscare’ów. Jest za to narastające poczucie, że z tych mokradeł nie da się po prostu wyjechać, bo one „wiedzą”, co nabroiłeś.

Dla mnie ten film to takie „Funny Games” skrzyżowane z ludowym wierzeniem.

Isaac: Jacob Lofland w tej roli jest genialny. Jest jak wąż – niby spokojny, ale wiesz, że zaraz ukąsi.

Twist: Finał może być dla niektórych kontrowersyjny (idzie w stronę metafizyczną), ale dla mnie był odświeżający. Lubię, gdy horror mówi: „Twoje grzechy cię znajdą, nieważne jak głęboko w bagnie się schowasz”.

Mój Werdykt: Solidna „Blumhouse’owa” niespodzianka

Jeżeli lubisz:

– Filmy home invasion, które nie są oczywiste.

– Duszny, południowy klimat.

– Historie, w których sprawiedliwość jest brutalna i nieuchronna.

…to „Dom na mokradłach” Cię nie zawiedzie. To idealny film na wieczór, kiedy masz ochotę na coś, co zaczyna się jak dramat, a kończy jak lekcja moralności prosto z piekła.

Miłość, która nie uznaje granic – „Grace” (2009)

„Grace” to film Paula Soleta, który uchodzi za jeden z najbardziej niepokojących dramatów grozy. „Grace” pokazuje najbardziej mroczną i wynaturzoną formę instynktu macierzyńskiego. To nie jest film o demonach z piekła rodem, ale o potworności, która rodzi się z czystej miłości i rozpaczy.

grace horror

Madeline Matheson jest w zaawansowanej ciąży. Dochodzi do tragicznego wypadku samochodowego, w którym ginie jej mąż, a lekarze stwierdzają śmierć płodu. Zrozpaczona Madeline decyduje się jednak donosić ciążę do terminu, by pożegnać się z dzieckiem. Dochodzi do cudu – dziewczynka, nazwana Grace, rodzi się żywa. Szybko jednak okazuje się, że dziecko nie jest „normalne”. Grace nie przyjmuje mleka matki, jej ciało przyciąga muchy, a jedynym sposobem, by utrzymać ją przy życiu, jest karmienie jej ludzką krwią.

„Grace” to całkiem ciekawa propozycja niekonwencjonalnego horroru, w którym reżyser zrezygnował z efektownych pościgów czy potworów na rzecz powolnej, klinicznej obserwacji rozpadu moralnego matki. To horror typu „slow-burn”, który z każdą minutą coraz bardziej zaciska pętlę na szyi widza. Jest to film dla tych, którzy szukają w grozie autentycznego, fizycznego dyskomfortu.

Film operuje przede wszystkim odrazą oraz współczuciem. Groza w „Grace” płynie z biologicznego koszmaru. Widok matki, która z miłości do dziecka posuwa się do rzeczy niewyobrażalnych, jest o wiele straszniejszy niż jakikolwiek demon. Napięcie budowane jest przez ciszę, płacz dziecka, który brzmi „nie tak”, i narastający zapach rozkładu, który niemal czuć przez ekran. Film przeraża, bo dotyka lęku przed chorobą, śmiercią noworodka i utratą zmysłów.

Głównym motywem filmu jest bezwzględna siła instynktu macierzyńskiego i żałoba, która prowadzi do obłędu. Fabuła skupia się na pytaniu: jak daleko posunie się matka, by utrzymać przy życiu swoje dziecko? Potworem w pewnym sensie jest tu samo niemowlę – mała Grace, która jest „żywym trupem” – ale prawdziwe przerażenie budzi determinacja Madeline. To horror o poświęceniu, które staje się zbrodnią, i o tym, że miłość potrafi zaślepić na najbardziej oczywiste zło.

„Grace” to mistrzowski przykład body horroru. Groza jest osiągana przez detale fizjologiczne – krew, muchy krążące nad kołyską, bladość skóry dziecka, ból karmienia. Film nie potrzebuje wielkich efektów; wystarczą zbliżenia na twarz Madeline i reakcje otoczenia na specyficzny odór wydobywający się z jej domu. To horror „mięsisty”, bardzo bliski ciału, który sprawia, że widz czuje się fizycznie brudny po seansie.

Gra aktorska Jordan Ladd jako Madeline jest genialna. Aktorka oddała stan emocjonalnego otępienia i fanatycznego oddania w sposób niesamowicie wiarygodny. Jej transformacja z radosnej przyszłej matki w cień człowieka jest wstrząsająca. Klimat filmu jest chłodny, niemal laboratoryjny, co mocno kontrastuje z brudną, krwawą tematyką. Scenografia domu, który staje się sterylnym grobowcem, potęguje wrażenie izolacji i paranoi.

Werdykt: Horror dla Widzów o Mocnych Żołądkach
Zdecydowanie warto obejrzeć ten film, jeśli szukasz czegoś, co naprawdę „wejdzie Ci pod skórę”!

Polecam go każdemu, kto:

– Ceni horrory niezależne, które stawiają na atmosferę i psychologię zamiast na akcję.

– Lubi body horror w stylu wczesnego Cronenberga, gdzie groza dotyczy ludzkiego ciała i jego funkcji.

– Chce zobaczyć jedno z najbardziej oryginalnych i niepokojących ujęć tematu wampiryzmu (choć to słowo w filmie nie pada).

Być Człowiekiem – Being Human, 2011–2014

Kiedy pierwszy raz usłyszałem, że Amerykanie biorą się za remake brytyjskiego Being Human, prychnąłem z politowaniem pod nosem. Jako entuzjasta horroru, który wychował się na surowym, wyspiarskim mroku, spodziewałem się ugrzecznionej, „wybielonej” wersji dla nastolatków.
Wersja z lat 2011–2014, osadzona w bostońskich murach, to dla mnie fascynujący przypadek, gdzie uczeń nie tylko odrobił lekcję, ale w pewnych momentach stał się bardziej drapieżny niż mistrz. Usiądź wygodnie, opowiem Ci, jak ja to widzę – prosto z perspektywy kogoś, kto zęby (i kołki) zjadł na tym gatunku.

być człowiekiem

Zacznę od tego, że ta wersja kupiła mnie swoją skalą i mitologią. Podczas gdy Brytyjczycy trzymali się brudnego realizmu, ja tutaj dostałem epicki, nadprzyrodzony thriller. Śledziłem losy Aidana (wampira z czasów wojny o niepodległość), Josha (neurotycznego wilkołaka) i Sally (ducha uwięzionego w domu), czując, że stawka z każdym sezonem rośnie.
Dla mnie Aidan Waite (Sam Witwer) to jeden z najlepiej napisanych wampirów w historii telewizji. Widziałem w nim autentyczne, fizyczne cierpienie. Kiedy walczył z głodem, nie widziałem modela z plakatu, ale nałogowca w ostatnim stadium. Jego relacja z „ojcem” wampirów, Bishopem, to dla mnie majstersztyk – to mroczny, toksyczny taniec, który przypominał mi najlepsze momenty z Anne Rice, ale bez tej całej barokowej przesady.
Jako fan efektów specjalnych, muszę oddać pokłon twórcom: przemiany Josha są brutalne i bolesne. Musiałem mrużyć oczy, patrząc, jak jego ciało się łamie. Ale to, co mnie najbardziej uderzyło, to jego psychika. Josh nie jest „fajnym” wilkołakiem. On nienawidzi każdego kłaka, który z niego wyrasta. Ta paranoja, to poczucie, że jest bombą zegarową w środku miasta, udzielało mi się przy każdym odcinku.
Przyznam, że na początku Sally mnie drażniła, ale jej wątek stał się jednym z najmroczniejszych. Widziałem, jak z zagubionej dziewczyny zmienia się w istotę, która może pochłonąć cały dom. Motyw „ducha żarłocznego” i eksperymenty z magią śmierci to coś, czego w wersji brytyjskiej brakowało mi w takiej formie. To był czysty, esencjonalny horror paranormalny.

Dlaczego ta wersja została ze mną na dłużej?
Wiesz, co mnie najbardziej zaskoczyło? Bezwzględność. Myślałem, że amerykańska telewizja będzie się bać uśmiercać kluczowe postacie lub pakować ich w sytuacje bez wyjścia. Myliłem się.

Poczucie wspólnoty: Czułem ich więź. To była dysfunkcyjna, potworna rodzina, w którą naprawdę uwierzyłem. Ich dom był jedyną bezpieczną przystanią w świecie, który chciał ich rozszarpać.

Wizualny mrok: Choć obraz był czystszy niż w UK, cienie w Bostonie były głębsze. Sceny wampirzych orgii czy podziemnych walk wilkołaków miały w sobie coś z brudnego, miejskiego podziemia, które uwielbiam.

Rozwój własnej drogi: Cieszyłem się jak dziecko, kiedy od drugiego sezonu serial całkowicie odciął pępowinę od oryginału i poszedł w stronę własnych, mrocznych legend.

Mój Werdykt: Entuzjasta daje „okejkę”
Jeśli szukasz serialu, który:

– Bierze potwory na poważnie (bez brokatu i romansidłowej papki).

– Ma świetne efekty i nie boi się krwi.

– Zostawi Cię z emocjonalnym kacem po każdym finale sezonu.

…to amerykańskie Being Human jest dla mnie absolutnym zwycięzcą. To był rollercoaster, po którym czułem się, jakbym sam spędził noc w tym nawiedzonym domu w Bostonie.