Ludożercy w horrorze Rytuał – Graham Masterton

Rytuał – Masterton przez lata udowadniał, że groza potrafi czaić się wszędzie. W komodzie, w szpitalnej piwnicy, w starym obrazie z lombardu. Tym razem postanawia sprawdzić, czy da się przestraszyć czytelnika przy pomocy karty dań. Charlie McLean, inspektor restauracyjny, jeździ po kraju, oceniając hotele i lokale gastronomiczne, a w tę ostatnią trasę zabrał ze sobą nastoletniego syna Martina. Chce naprawić relację nadszarpniętą rozwodem. Chłopak nie bardzo ma na to ochotę, co samo w sobie jest wystarczająco realistycznym horrorem dla każdego rodzica nastolatka.

W jednym z miasteczek Charlie słyszy o tajemniczej, eleganckiej restauracji o nazwie „Le Reposoir”. Zawodowa ciekawość degustatora budzi się natychmiast, chce ją zrecenzować. Ku jego zdziwieniu, nie zostaje wpuszczony do środka. Okazuje się, że to zamknięty klub koneserów kulinarnych, do którego trzeba mieć specjalne zaproszenie. Sama nazwa lokalu wywołuje u mieszkańców miasteczka dziwną konsternację i wybiórczą amnezję, jakby ktoś zbiorowo zdecydował się nie pamiętać, że taki lokal w ogóle istnieje.

Od tego momentu do życia Charliego i Martina wkrada się coś, co trudno nazwać zwykłym pechem. Tajemniczy karzeł zaczyna nawiedzać chłopca każdej nocy, a relacje ojca z synem pogarszają się z dnia na dzień. Pewnej nocy Martin znika. Władze zachowują się, jakby nic się nie stało, i zamiast pomóc, zdają się metodycznie doprowadzać zrozpaczonego ojca do obłędu. Biurokratyczna obojętność jako narzędzie tortur psychicznych — Masterton chyba spędził zbyt wiele czasu w urzędach, skoro tak dobrze wie, jak bardzo to potrafi zmiażdżyć człowieka.

Charlie, rzecz jasna, nie odpuszcza. Postanawia odnaleźć syna za wszelką cenę, nie spodziewając się, w jak grząski teren się wplącze. Śledztwo prowadzi go przez sieć rytuałów, dziwnych, hermetycznych wierzeń oraz przerażających obrzędów, w centrum których stoi wyrafinowany kanibalizm rodem z najlepszych, najbardziej eleganckich scen z Hannibala Lectera. Sekta prowadząca restauracją wcale nie traktuje jedzenia ludzi jako prymitywnego aktu przemocy. Traktuje to jako sztukę, ceremonię, niemal liturgię. Cel całego przedsięwzięcia okazuje się jeszcze bardziej karkołomny. Grupa fanatyków wierzy, że odpowiednio przeprowadzony rytuał kanibalistyczny doprowadzi do ponownego przyjścia Jezusa Chrystusa. Chwilę później na scenę wkracza też jeden z demonów znanych z religii voodoo, co sprawia, że powieść zamienia się w coś w rodzaju teologicznego szwedzkiego stołu, na którym każdy znajdzie coś dla siebie.

Tempo akcji jest tu bezlitosne. Od pierwszej do ostatniej strony napięcie nie opada, a czytelnik przeżywa całą podróż razem z Charliem, obgryzając paznokcie na równi z bohaterem. Problem w tym, że cała ta energiczna jazda napędzana jest fabułą, która, delikatnie mówiąc, nie znosi zbyt wnikliwej analizy logicznej. Im dłużej się nad nią zastanawiać, tym bardziej sypie się jak domek z kart.

Trzeba też uczciwie ostrzec wrażliwsze żołądki. Ilość opisywanej przemocy i drastycznych szczegółów jest tu naprawdę spora. Niektóre sceny, jak wielostronicowy opis odcinania i zjadania własnego palca, z pewnością nie każdemu będą smakować. Masterton najwyraźniej postanowił zszokować czytelnika za wszelką cenę, i trzeba przyznać, że przynajmniej częściowo mu się to udało. Pytanie, czy taki poziom drastyczności służy samej historii, czy po prostu zastępuje jej brakującą głębię, pozostaje otwarte i każdy czytelnik odpowie sobie na nie inaczej.

Zakończenie, niestety, nie dorównuje reszcie książki. Po całym tym budowaniu grozy, mrocznej atmosfery klaustrofobii i religijnego fanatyzmu, finał wypada zaskakująco naiwnie, jakby autor sam nie do końca wiedział, jak elegancko zamknąć tak przaśne danie, które sam ugotował. Część czytelników czuje niedosyt, inni odbierają to jako uroczą niekonsekwencję w twórczości pisarza znanego z tego, że nigdy nie boi się przesady.

Werdykt

Rytuał to lektura obowiązkowa dla fanów ekstremalnego horroru body-horrorowego, którzy cenią sobie szybkie tempo, mocne obrazy i odważne, prowokacyjne połączenie gastronomii z fanatyzmem religijnym. Miłośnicy Mastertona, gotowi wybaczyć mu chwiejną logikę fabularną w zamian za czystą, niepohamowaną rozrywkę, znajdą tu jedną z jego bardziej wciągających pozycji.

Kto powinien tę książkę omijać? Osoby wrażliwe na drastyczne, przeciągnięte opisy okrucieństwa oraz kanibalizmu powinny podejść do lektury z dużą rezerwą — to nie jest książka do czytania po obfitym posiłku. Czytelnicy oczekujący spójnej, logicznej fabuły bez naiwnych zwrotów akcji też mogą być z tej lektury lekko niezadowoleni. Reszta niech siada do stołu — zaproszenie do „Le Reposoir” czeka.

Demoniczny Julian Sands w horrorze Czarnoksiężnik – Warlock 2 (1993)

Pamiętacie te złote czasy, kiedy stacja Polsat puszczała po godzinie 22:00 horrory z VHS-ów tak często, że kwestie bohaterów znaliśmy na pamięć? Mój nastoletni mózg został wtedy absolutnie zaatakowany przez obraz pewnego eleganckiego, a zarazem bezwzględnego czarnoksiężnika. Niedawno wróciłem do „Czarnoksiężnika 2” (Warlock: The Armageddon, 1993) w reżyserii Anthony’ego Hickoxa i muszę Wam powiedzieć jedno: to czysta, nieposkromiona frajda fantasy-horroru lat 90.

Quick Look: Plusy i Minusy

Krwawe trofeum: Za bezczelnie kreatywną i okrutną scenę, w której Czarnoksiężnik zamienia kolekcjonera w żywy, odlewany z powagą obraz-płaskorzeźbę. Efekty z tamtej epoki wciąż robią niesamowite wrażenie!

Zgrzyt: Aktorstwo nastoletnich druidów jest momentami tak „drewniane”, że aż bolą zęby – ale w tym gatunku to niemal tradycja.

Film nie kontynuuje wątków z pierwszej części – to nowa historia oparta na podobnym motywie. Tytułowy Czarnoksiężnik (niezastąpiony Julian Sands) przybywa na Ziemię, aby odprawić rytuał przyzwania swojego ojca – samego Szatana. Aby tego dokonać, musi zebrać sześć mistycznych kamieni runicznych rozrzuconych po współczesnych Stanach Zjednoczonych. Na jego drodze staje dwójka nastolatków pochodzących z dawnego rodu druidów, którzy muszą przejść przyspieszony trening magii, by stanąć do walki z potężnym magiem.

Scenariusz nie próbuje być wysublimowanym dramatem psychologicznym. Jest to klasyczna, pędząca na złamanie karku opowieść „zbierz wszystkie artefakty przed czarnym charakterem” przemieszana z motywami inicjacji młodych adeptów magii i potwornych czynów złego czarnoksiężnika.

Film nie patyczkuje się z widzem. Sceny uśmiercania kolejnych posiadaczy kamieni runicznych są kreatywne, wręcz sadystyczne i pełne fantazyjnych efektów gore. Julian Sands jako Warlock jest wyjątkowo bezlitosny – zabija z zimnym uśmiechem i dandysowym wdziękiem.

Julian Sands całkowicie kradnie ten film! Jego aparycja, styl i oszczędna, ale pełna jadu gra aktorska sprawiają, że złoczyńcy po prostu kibicujemy przez cały seans. Na drugim planie mignie nam m.in. Joanna Pacuła. Młodzi druidzi wypadają nieco słabiej, ale nadrabiają to entuzjazmem. Ścieżka dźwiękowa świetnie podbija mistyczny klimat, a zdjęcia serwują nam mnóstwo mrocznych, nasyconych barwami ujęć.

Licznik Grozy
Body count: 8/10
Poziom adrenaliny: Średni
Ilość zużytego sztucznego osocza: Galony

Dla kogo jest ten film?

Oglądaj, jeśli:
Tęsknisz za kinem grozy z przełomu lat 80. i 90., starymi efektami specjalnymi i bezkompromisowym złym charakterem oraz lubisz połączenie mrocznej nostalgii, czarnej magii i solidnej dawki gore.

Odpuść, jeśli:
Szukasz głębokiego horroru psychologicznego, który nie pozwoli Ci zasnąć z powodu egzystencjalnego lęku. Przeszkadzają Ci lekko trącące myszką efekty komputerowe z wczesnych lat 90.

Kolor z innego wszechświata – Howard Phillips Lovecraft

Opowieść zaczyna bezimienny geodeta wysłany do Arkham w Massachusetts, by ocenić teren pod przyszły zbiornik wodny. Nudna robota urzędnicza, dopóki nie natrafia na okoliczny teren zwany przez mieszkańców „spalonym wrzosowiskiem”. Orientuje się, że nikt w okolicy nie chce o tym rozmawiać. Klasyczny lovecraftowski początek. Ktoś zadaje pytanie, którego nie powinien był zadawać. Cała reszta jego życia zamienia się w powolne odkrywanie, dlaczego lepiej było milczeć.

Wątek prowadzi geodetę do starego Ammiego. Jednego z niewielu mieszkańców gotowych opowiedzieć, co naprawdę wydarzyło się na farmie Nahuma Gardnera. Wszystko zaczyna się niewinnie, niemal sielsko. W czerwcu, gdy w pobliżu studni na farmie Gardnera spada meteoryt. Trzej profesorowie z Uniwersytetu Miskatonic przybywają zbadać osobliwy głaz, co brzmi jak fajny wstęp do przygody naukowej. Lovecraft, rzecz jasna, nie planuje żadnej przygody naukowej. Planuje powolne, systematyczne unicestwienie całej rodziny.

Lovecraft w sposób mistrzowski buduje grozę. Meteoryt niesie ze sobą coś, czego nie da się opisać ludzkim słownictwem. Kolor spoza znanego spektrum, obcy każdemu ziemskiemu doświadczeniu wzrokowemu. Genialne posunięcie, bo strach przed czymś niewidzialnym i niemożliwym do nazwania działa dużo mocniej niż opis kolejnego mackowatego bóstwa. Roślinność na farmie zaczyna rosnąć nienaturalnie bujnie. Traci jednak wszelki smak, jakby ziemia karmiła się czymś, czego rośliny same nie potrafią strawić. Zwierzęta oszalałe i zdeformowane wałęsają się po okolicy, a domownicy Gardnera jeden po drugim popadają w szaleństwo albo umierają w niewyjaśnionych okolicznościach.

Struktura opowiadania przypomina rosyjską matrioszkę grozy, w której każda kolejna warstwa jest gorsza od poprzedniej. Najpierw skażona zostaje gleba, potem rośliny, potem zwierzęta, w końcu ludzie, aż docieramy do bluźnierczej wizji obojętnego, nieludzkiego kosmosu. Metoda budowania napięcia warta pozazdroszczenia. Lovecraft prowadzi czytelnika za rękę coraz głębiej w ciemność, nie pozwalając mu się w żadnym momencie zorientować, kiedy dokładnie minęliśmy punkt bez powrotu.

Kulminacja przychodzi, gdy Ammi Pierce odkrywa, że żona Nahuma rozpadła się na kawałki na strychu. Nahum rozpuszcza się na jego oczach, ujawniając, że coś w studni wyssało życie ze wszystkiego dookoła. Śledztwo policyjne odnajduje w studni szczątki zaginionych chłopców, co jest jednym z tych detali, które długo nie dają spokojnie zasnąć. Istota w końcu wyrywa się w niebo, zostawiając ziemię trwale skażoną. Część światła nie zdołała uciec i osunęła się z powrotem do studni. Spalone wrzosowisko rośnie od tamtej pory po calu rocznie, cierpliwie, jak coś, co wie, że ma przed sobą całą wieczność.

Trzeba jednak przyznać uczciwie, że proza Lovecrafta bywa tu wyjątkowo toporna w dialogach. Autor sam zdawał sobie sprawę ze swojej słabości w tej dziedzinie i zwykle unikał rozmów bohaterów. Kiedy już się na nie decyduje, efekt bywa momentami niezamierzenie komiczny. Chronologiczny sposób prowadzenia narracji, choć buduje poczucie autentyczności, spowalnia też tempo momentami do granic cierpliwości. Do tego warto dodać, że część naukowego sztafażu — testy chemiczne, opisy meteorytu — dziś, po stu latach postępu naukowego, brzmi nieco archaicznie.

Ciekawostką, którą warto docenić, jest fakt, że ta opowieść niemal całkowicie stoi z boku szerszego mitu Cthulhu. Owszem, pojawia się Arkham i Uniwersytet Miskatonic, ale nie znajdziemy tu żadnych odniesień do samego Cthulhu, Necronomiconu ani reszty panteonu kosmicznych bóstw. Jest to groza samodzielna, autonomiczna, nietrzymająca się żadnej wspólnej mitologii. Właśnie dlatego działa tak czysto i bezlitośnie.

Werdykt

Kolor z innego wszechświata to lektura absolutnie obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się horrorem kosmicznym i chce poznać dzieło uznawane przez wielu badaczy za najlepsze osiągnięcie Lovecrafta. Dla czytelników ceniących grozę budowaną powoli, przez detal i narastające poczucie nieuchronności, to pozycja kanoniczna, bez której trudno zrozumieć cały gatunek weird fiction.
Kto powinien ją omijać? Osoby oczekujące dynamicznej akcji, żywych dialogów i szybkiego tempa poczują się szybko znużone. Czytelnicy przyzwyczajeni do współczesnego, bardziej wizualnego horroru mogą uznać archaiczny język i naukowy przekaz za przestarzałe.

Straszne filmy i książki horror. Mroczne horrory dla fanów filmów i litaratury grozy.