Kontynuujemy arktyczną rzeź. Choć mogłoby się wydawać, że po masakrze w Barrow nie ma już czego zbierać, „30 dni mroku: Czas ciemności” (30 Days of Night: Dark Days) z 2010 roku w reżyserii Bena Ketai udowadnia, że zemsta najlepiej smakuje na zimno – i to z dużą domieszką ołowiu. Jeśli pierwsza część była survival horrorem, to kontynuacja skręca mocno w stronę mrocznego kina akcji, które przypomina brudną, podziemną walkę z miejską plagą.
Tym razem zmieniamy scenerię z mroźnej Alaski na deszczowe i duszne Los Angeles. „Czas ciemności” to produkcja o innym charakterze niż oryginał – czuć tu mniejszy budżet, ale twórcy nadrabiają to bezkompromisowością i klimatem rodem z komiksów noir. To film dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak ofiara zmienia się w myśliwego. Nie ma już chowania się po piwnicach; teraz to wampiry powinny zacząć się bać.
Fabuła skupia się na Stelli (tym razem granej przez Kiele Sanchez), która jako jedna z niewielu przetrwała piekło w Barrow. Stella nie zamierza jednak siedzieć cicho – podróżuje po świecie, próbując uświadomić ludziom istnienie wampirów. Gdy trafia na grupę zawodowych łowców, którzy również stracili bliskich, postanawia uderzyć prosto w serce ciemności: odnaleźć Lilith, królową odpowiedzialną za atak na jej miasto.
Scenariusz porzuca klaustrofobię na rzecz partyzanckiej wojny w kanałach i opuszczonych budynkach. To ciekawa ewolucja bohaterki – Stella z przerażonej kobiety staje się twardą, niemal obsesyjną mścicielką. Dynamika między nią a grupą łowców nadaje całości charakteru „brudnej dwunastki” w świecie nieumarłych.
Pod kątem elementów grozy film stawia na brutalne konfrontacje. Wampiry wciąż są tymi samymi, drapieżnymi bestiami o rekinich zębach, ale tym razem walczą z przeciwnikiem, który jest uzbrojony po zęby w lampy UV i broń palną. Czy film straszy? Bardziej wywołuje adrenalinę. Sceny walk są surowe, krwawe i pełne efektów specjalnych, co fani oryginału z pewnością docenią.
Klimat zmienia się z mroźnej bieli na „miejski brud”. Los Angeles w obiektywie Ketai to miasto wiecznej nocy, pełne cieni i niebezpiecznych zaułków. Nastrój jest pesymistyczny i ciężki – czuć, że bohaterowie są na straconej pozycji, a ich walka to desperacka próba zachowania resztek człowieczeństwa.
Mimo mniejszej skali produkcji, wizualnie film trzyma fason. Zmiana aktorki wcielającej się w Stellę jest odczuwalna, ale Kiele Sanchez radzi sobie świetnie, oddając ból i determinację swojej postaci. Zdjęcia są ciemne, często operujące kontrastami, co maskuje niedociągnięcia budżetowe i buduje komiksowy sznyt. Warto zwrócić uwagę na postać Lilith – jest wyniosła, okrutna i stanowi godną przeciwniczkę dla Stelli.
Mój werdykt: To solidny sequel, który zamiast kopiować oryginał, obiera własną drogę. Jeśli zaakceptujecie zmianę tempa i skali, dostaniecie satysfakcjonującą, krwawą opowieść o zemście, która nie bierze jeńców.
Szybki podgląd:
Body count: Bardzo wysoki. Wampiry padają gęsto, a ludzkie straty są równie dotkliwe.
Klimat: Brudne miejskie noir, deszcz, kanały i zapach prochu zmieszany z krwią.
Elementy grozy: Brutalne egzekucje, drapieżne wampiry i duszna atmosfera podziemnego polowania.
Największy atut: Przemiana głównej bohaterki w bezwzględną łowczynię i bezkompromisowe sceny walki.
Oglądaj, jeśli: Podobały Ci się wampiry z pierwszej części i chcesz zobaczyć ich dalszą rzeź w miejskich dekoracjach.
Odpuść, jeśli: Liczysz na epicki rozmach pierwszej części i Josha Hartnetta – to kino bardziej kameralne i surowe.


